Wiele osób choć raz doświadczyło silnych emocji na macie. Szczególnie shavasana — pozycja kończąca praktykę, często traktowana jak zasłużony odpoczynek po intensywnych asanach — potrafi stać się chwilą spotkania z tym, co zwykle spychamy na dalszy plan. Ciało nieruchomieje, oddech zwalnia, codzienny hałas cichnie. I właśnie wtedy mogą pojawić się uczucia, na które wcześniej nie było miejsca.
Tak było u mnie podczas jednych z porannych zajęć. Leżałem w shavasanie, próbując po prostu odpocząć, gdy po policzku zaczęły spływać mi łzy. Chciałem, by nikt tego nie zauważył, ale po chwili dotarło do mnie, że nie mam czego ukrywać. Joga stała się dla mnie oparciem w trudnym czasie i sposobem na zmierzenie się z własnymi demonami. Ten płacz nie był porażką ani oznaką słabości. Był odejściem od stoicyzmu, który mnie ograniczał, i zgodą na to, by być sobą naprawdę.
Dlaczego w shavasanie płaczemy? Być może dlatego, że kiedy przestajemy walczyć z napięciem i zajmować się kolejnymi sprawami, niewypowiedziane emocje wreszcie dochodzą do głosu.